Wróciłem do zdjęć moim Rolleiflexem Automatem z 1938 roku i wszystko wydawało się być w zupełnym porządku. No, może, poza pierwszą klatką. Zbyt często, pierwsze klatki błon średnioformatowych typu 120, mam w połowie zaświetlone i z paprochami widocznymi na skanach. To nie może być awaria aparatu, lecz błąd użytkownika, czyli mój. Wygląda na to, że zbytnio rozwijam papier ochronny, podczas ładowania błony do aparatu. A wydawało mi się, że jestem wystarczająco ostrożny, Muszę bardziej uważać! Nie może być tak, że tracę jedną klatkę z 12. już na samym wstępie! Tym razem, był to fajny, bo kontrastowy, z ciekawym światłem i wyrazistymi chmurami na niebie, kadr. Pokazuję go, pomimo tego błędu, po lekkim skadrowaniu, więc odcięciu większości zaświetlonej jego części. A reszta, jest oczywiście niezła, ale warunki oświetleniowe były już mniej ciekawe, więc...
Chciałem ponownie wziąć w plener mojego RicohDiacord z 1956 roku. Pod wieloma względami wydawał mi się lepszym, wygodniejszym i niezawodnym aparatem. Jakże wielkie okazało się moje rozczarowanie, gdy wziąłem go z półki do ręki! W jednej chwili zobaczyłem, jak szybka z okienka podglądu nastaw czasu migawki i wartości przysłony, przesuwa się, następnie wpada do wnętrza komory migawki aparatu, a zaraz po tym, zarówno migawka, jak i samowyzwalacz, przestają działać! Tragedia! Dramat! Mój piękny aparacik nie działa!
Ach! Nie mogłem, go użyć, a chciałem zabawić się jakimś moim TLR-em. Wziąłem więc z półki Flexareta VI automat. Też już robiłem nim zdjęcia, ale miałem obiekcje, co do jakości jego optyki. Zajrzałem więc do obiektywu. Zgroza! W obiektywie są jakieś paprochy i może grzyb-fungus, na każdej z soczewek. Że nie zauważyłem tego wcześniej. Musiałem prosić o pomoc fachowca.
Byłem przekonany, że winowajczynią awarii RicohDiacord, jest owa szybka, która wpadła do wnętrza i zablokowała mechanizm i że wystarczy ją wyjąć, a wszystko wróci do normy. Kolega, zaufany serwisant, do którego zwróciłem się po pomoc, wyprowadził mnie z błędu. To poważna awaria mechanizmu migawki. Zerwał się łeb wkręta, który trzymał dwie sprężyny. Zerwał się, bo ów wkręcik był bardzo cieniutki, a łeb miał bardzo szeroki - występowało tam zjawisko karbu, czyli skupienie naprężeń, na styku dwóch zupełnie różnych średnic łba i wkręta, oraz zmęczenie materiału po 70. latach użytkowania aparatu. Należało wymienić wkręt i zmontować migawkę ponownie, więc najpierw rozwiercić miejsce po urwanym wkręcie, nagwintować pod nowy wkręt, dobrać i dopasować nowy wkręt, a następnie zmontować i wyregulować mechanizm migawki. Tylko fachowiec, dysponujący odpowiednim warsztatem, zapasem części, a przede wszystkim, wiedzą i umiejętnościami, mógł sobie z tym poradzić.
Obiektyw Flexareta VI, nie był pokryty jedynie grzybem. Wewnątrz był, jakby piasek, coś w rodzaju drobnych odłamków kamienia kotłowego z wody, która wyschła, a to coś się z niej wytrąciło i wysypało do wnętrza obiektywu. Do tego trudności z rozkręceniem zastałych gwintów obiektywu, więc znowu, tylko prawdziwy fachowiec, mógł sobie z tym poradzić.
Mój Rolleiflex Automat, również był kiedyś w tym samym warsztacie - na regulacjach i znowu działa świetnie. RicohDiacord powrócił do doskonałości i pewnie posłuży kolejne 70. lat. Obiektyw Flexareta VI został oczyszczony z owego "piasku", ale nie wygląda idealnie. Jestem pewien, że nie ma możliwości zrobienia tego lepiej. Prawdopodobnie, niefortunny sposób i miejsce przechowywania, przez poprzedniego właściciela, pozostawiły na nim swoje trwałe ślady i nic z tym nie da się już zrobić. Jest, jak jest, ale o wiele lepiej, niż było.
Oczywiście, ogromna jest moja wdzięczność, dla kolegi, znanego w środowisku serwisanta takich aparatów, który potrafił to zrobić!
Oczywiście, serdecznie zapraszam na mój profil Instagram!
Poniżej zdjęcia:
Rolleiflex Automat - z ulicznej sesji w Warszawie.
Omawiana, pierwsza, nieudana klatka - jak wyżej.
RicohDiacord, po naprawie.
Flexaret VI automat - nieco zamglony obiektyw zdjęciowy, po usunięciu "piasku".




Komentarze
Prześlij komentarz